posłuchaj Chopina / Sarasate |
|
wywiady |
20.05.2011
- Sama się skierowałam. Byłam takim małym rebeliantem i uparłam się, że będę grała na skrzypcach. Oczywiście rodzice chcieli posyłać mnie na lekcje fortepianu, ale ja od początku byłam pewna swego.
Czy w wieku dziecięcym nie było dla Pani problemem rezygnowanie z zabaw z rówieśnikami na rzecz godzinnych ćwiczeń na instrumencie?
- Było to uciążliwe. Mama „wlała” mi przed jednym z koncertów w Szczecinie, bo profesor bardzo się zdenerwował, że nie ćwiczę (śmiech). A ja oczywiście twierdziłam, że wszystko umiem. Mama powiedziała mi wtedy: „Albo będziesz ćwiczyć i dalej grać na skrzypach, albo koniec tej zabawy”. Także dla dzieci to jest na pewno bardzo uciążliwe, bo trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby wytrwać.
Wiem, że na Pani wyjazd z Polski złożyły się różne czynniki, że debiut w Konzerthausie w Wiedniu zbiegł się ze stanem wojennym. Ale czy od początku planowała Pani wyjechać na stałe?
- Nie, nie planowałam wyjechać na stałe. Wyjechałam tam na studia podyplomowe. Miałam więc początkowo plan powrotu do kraju.
A czemu wybór padł na Wiedeń?
- Bo była możliwość pojechania na studia albo do Moskwy, albo do Wiednia. A ja stwierdziłam, że rosyjska szkoła skrzypcowa jest jednak, powiem tak bezczelnie, pochodną szkoły polskiej. Bo oni zawsze mówią, że szkoła rosyjska była pierwsza, co jest nieprawdą. Polska szkoła skrzypcowa jest bazą w tej części Europy, bo Wieniawski wprawdzie przeniósł swoje umiejętności, wzbogacone o studia obowiązującej w tamtych czasach szkoły franko-belgijskiej, do Rosji, ale jednak był Polakiem. Stwierdziłam więc, że w Moskwie niczego więcej się nie nauczę, ponieważ są tam takie same podstawy jak w Polsce. A szkoła wiedeńska znacznie się różni, choćby w prowadzeniu smyczka i w kilku innych problemach techniczno-muzycznych, o czym tutaj, w naszej szerokości geograficznej, w ogóle się nie słyszało. Zdecydowałam się na Wiedeń, bo bardzo mnie to ciekawiło i chciałam poznać inny sposób spojrzenia na muzykę skrzypcową. Tam dzieła Haydna, Mozarta, Beethovena czy Schuberta grało się w zupełnie inny sposób.
A czy nie była problemem zmiana przyzwyczajeń wyrosłych z jednej szkoły skrzypcowej na inne?
- Oczywiście, że to nie jest problem. Im więcej jest impulsów do rozwoju, tym lepiej, bo artysta nie powinien być kimś, kto całe życie gra tak samo. Jakby cały czas nie szukał czegoś nowego, to byłoby straszne.
Tęskni Pani za Polską?
- Tak, oczywiście, choć teraz jest z jednej strony łatwiej niż kiedy wyjeżdżałam, to jednak powrót nie jest prosty, bo Polskę mam w marzeniach nieco odległych od rzeczywistości.
Krzewi Pani bardzo aktywnie muzykę polską za granicą, szczególnie w Wiedniu. Czy koncerty złożone tylko z muzyki polskiej cieszą się zainteresowaniem?
- Koncerty złożone tylko z muzyki polskiej rzadko się zdarzają, jednak na ogół w programie są też inne dzieła. Podczas Dni Kultury Polskiej we Wiedniu rzeczywiście programy koncertów były wypełnione tylko i wyłącznie muzyką polską. Na ogół jednak naszą rodzimą twórczość trzeba było przemycać: do Beethovena dodać Szymanowskiego czy Wieniawskiego i powoli przyzwyczajać publikę. Nawet miałam kiedyś bardzo śmieszny przypadek. Były dyrektor Konzerthausu w Wiedniu myślał, że Wieniawski to kompozytor współczesny! Od czasu wejścia Polski do UE znacznie się to przełamało i zmieniło, jednak dawniej nie było tak łatwo. Dokonanie nagrań archiwalnych dla radia w Wiedniu z muzyką Szymanowskiego było wtedy ewenementem. Nie było muzyka, który zrobił to przede mną, ja po raz pierwszy tego dokonałam.
A Szymanowski to przecież trudny w odbiorze kompozytor..
- Tak, nawet moje dzieci nie lubią Szymanowskiego, ale myślę, że jeszcze się przekonają i do niego dojrzeją. Choć wydaje mi się, że jego muzyka jest o wiele łatwiejsza w percepcji niż innych kompozytorów z jego czasu bądź późniejszych, to mimo wszystko trzeba się w nią wsłuchać, bo stanowi ona zupełnie inny świat – nowy, odkrywczy. Trzeba chcieć w niego wejść. Nie wpada od razu w ucho.
W zasadzie już w czasach studiów, podczas debiutu w Filharmonii Narodowej w 1977 roku, zaczęła Pani łączyć muzykę z poezją, i to własną poezją. Od kiedy Pani pisze wiersze?
- Właściwie nieprzerwanie od wczesnej młodości, ale nigdy niczego nie wydałam. No bo jak to tak na emigracji? Trzeba by być zdeklarowanym poetą emigracyjnym i wtedy wydać tomik wierszy, a ja tego nie zrobiłam. Choć przyznam, że w ostatnich latach potrzeba pisania bardzo się we mnie rozwinęła i siłą rzeczy przybyło moich wierszy. Dlatego teraz bardzo chciałabym wydać swoją poezję. Obecnie szukam odpowiedniego wydawcy. Istnieje bardzo dużo wierszy muzycznych, nie o samej muzyce, ale przepojonych nią, więc z mojej perspektywy jest to bardzo interesujące.
A czy to właśnie muzyka jest główną inspiracją?
- Nie. Ale ciągle się przewija, jest ciągle obecna. Poezji i muzyki nie da się tak jednoznacznie rozdzielić.
W audycji dla Radia Polonia w Wiedniu powiedziała Pani, że ma plan zrobienia koncertu z połączeniem sonetów Michała Anioła i muzyki Bacha. Czy koncert ten doszedł do skutku?
- Tak, taki koncert się odbył. Ale okazało się, że dla Austriaków taki program jest niesłychanie eklektyczny i jednak nie do końca zrozumieli, o co mi naprawdę chodziło w tym specyficznym połączeniu geniuszu Bacha i Michała Anioła. Obecnie w przygotowaniu jest koncert poświęcony tylko i wyłącznie Bachowi: z muzyką i fragmentami jego bardzo rzadkich listów.
Ma Pani ogromny repertuar, literatura skrzypcowa Bacha, Mozarta, Haydna, Wieniawskiego, Paganiniego. Proszę powiedzieć, jak to się robi, żeby mieć te wszystkie utwory „w palcach”?
– Jakbym powiedziała, że na dziś mam te wszystkie utwory „w palcach”, to by była nieskromność. Niektóre rzeczy potrzebują tygodnia czy dwóch, by je odświeżyć. Natomiast skąd wziął się u mnie tak duży repertuar? Może z mojej pewnego rodzaju ucieczki, bo ja nie byłam dzieckiem rozpieszczanym przez „PAGART” czy inne tutejsze instytucje. Musiałam zawsze sama o wszystko walczyć. Wyrzucono mnie na przykład z pierwszego etapu Konkursu Wieniawskiego w sposób bardzo brutalny, na co się zresztą oburzała ówczesna krytyka. Powstało o tym sporo głośnych audycji. Bardzo mnie to wtedy podłamało i postanowiłam, że nie będę już jeździć na żadne konkursy. Miało to jednak jeden pozytywny aspekt – zaczęłam rozwijać i ciągle powiększać swój repertuar koncertowy. Konkursy są natomiast szalenie ograniczające, bo ciągle ćwiczy się to samo. W każdym pierwszym etapie gra się sonaty czy kaprysy Paganiniego, zawsze jeden z koncertów Mozarta i Brahmsa. To powoduje, że młodzi ludzie jeżdżą na konkursy z bardzo podobnym i zawężonym repertuarem. A, niestety, właśnie w czasie młodości i dojrzewania najwięcej można się nauczyć. Dzieła różnych twórców wymagają przecież zupełnie innej techniki skrzypcowej. Chociażby gdy się porówna Paganiniego i Schuberta, tworzących w podobnym czasie, można zobaczyć, że są to dwa zupełnie odmienne światy dla skrzypka. Nie da się tego zrobić na jednym tchu. Z tego powodu dużo zajmowałam się jednocześnie wiedeńską klasyką i muzyką współczesną.
Uważa Pani zatem, że konkursy to nie jest dobra droga dla młodych ludzi?
- To jest straszny temat i straszne pytanie. Oczywiście, dla zwycięzców jest to ogromna szansa, którą w inny sposób trudno zdobyć. Ale dla tych wszystkich przegranych, którzy często są znakomitymi indywidualnościami, staje się to ogromną porażką. Walczą wtedy głównie o nagrody, przepychają się i to ich wcale nie rozwija. Dla mnie osobiście jest to temat bardzo dyskusyjny.
Wracając do poezji, ma Pani ulubionych poetów, na których się Pani wzorowała bądź wzoruje?
- W polskiej literaturze jest ogromny wybór, dlatego trudno powiedzieć, na kim się wzoruję. Jestem bardzo związana z literaturą klasyczną. Właśnie wczoraj usiadłam sobie w kościele Franciszkanów, zupełnie przypadkiem pod nagrobkiem Kochanowskiego, i pomyślałam, że dla mnie to dobre miejsce! (śmiech). Na pewno Norwid miał ogromny wpływ na nasze pokolenie, bo to był czas odkrywania późnego romantyzmu i jego głębi. Oprócz tego ostatnio szczególnie wpływają na mnie wiersze naszego błogosławionego Jana Pawła II. Sama zresztą przygotowałam koncerty z jego tekstami. Takie inicjatywy umożliwiają człowiekowi wsłuchanie się w poetyckość tej literatury. Uważam, że Jan Paweł II był poetą genialnym, tylko że my jeszcze nie do końca rozumiemy jego poezję. Jest ona bardzo trudna i nie łatwo w nią wejść.
A Czesław Miłosz?
- Ostatnio się od niego oddaliłam. Kiedyś sprowadzałam sobie jego książki z Londynu i zrobiłam nawet koncert z wierszami Szymborskiej i Miłosza. Ale teraz zdecydowanie oddaliłam się od jego twórczości. To już dla mnie przeszłość. Wciąż jednak trwa fascynacja Herbertem i Różewiczem, którego miałam zaszczyt osobiście poznać.
Kiedyś Krystian Zimerman powiedział, że najbardziej skuteczne ćwiczenie powinno odbywać się bez instrumentu, jedynie w głowie i że on w ten sposób przygotowuje większość interpretacji. Jak to wygląda u Pani?
- To jest bardzo ciekawe...Ja bardzo często gram swoje utwory w głowie, ale nie ze względów interpretacyjnych. Dla mnie interpretacja rodzi się w kontakcie „ucho-serce-palce”, więc bez instrumentu byłoby mi chyba trudno.
Gdyby nie była Pani skrzypaczką, to kim by Pani była?
- Każdy chyba ma takie momenty w życiu, że zastanawia się, czy nie trzeba było robić czegoś innego. Może byłabym bibliotekarką, bo wtedy mogłabym siedzieć i czytać książki, a może nawet pisać. Mogło by to być jeszcze jakieś zajęcie związane z ogrodnictwem, żeby ręce pracowały. Jako skrzypaczka ręce mam zazwyczaj bardzo zajęte (śmiech).
Nagrała Pani kilka znaczących płyt, bardzo dobrze przyjętych przez krytyków. Jakie są Pani najbliższe plany wydawnicze?
- Powiem szczerze, że są dwa plany, ale nie chcę ich zdradzać, bo ciągle się jeszcze nie zdecydowałam, który będzie pierwszy. Właściwie miałam zamiar już w przyszłym roku coś nagrywać, ale raczej to się przeciągnie do dwóch lat, bo po pracy nad moją jedenastą płytą stwierdziłam, że chcę trochę od tego odpocząć.
Od czasu do czasu koncertuje Pani w Polsce. Czy odbieranie muzyki przez publiczność w Polsce i w Austrii znacząco się różni?
- Dziwne pytanie. Każdy koncert jakoś się różni, każda publiczność jakoś się różni. Zawsze pojawiają się pewne aspekty, które powodują, że koncerty są niepowtarzalne. To jest właśnie piękna strona życia koncertowego, dlatego że nigdy nie można przewidzieć do końca, co się stanie. Może niektórzy są tak zrutynizowani, że faktycznie jest im już wszystko jedno, ale mnie nie. Każdy koncert odbieram na nowo. Choć publiczność polska wcale nie jest łatwa. Albo rzymska – naprawdę straszna! Zero temperamentu. Włosi z innych regionów to już coś odmiennego, ale w Rzymie mają suche i zimne podejście. Natomiast publiczność wiedeńska jest przyjemna.
Miewa Pani tremę?
- Trema to jest dla mnie takie zjawisko niepoczytalne. Raz jest, raz jej nie ma, w zależności od nastroju psychicznego i fizycznego. Czasem wszystko jest dobrze, a czasem człowiek ma jakieś problemy, depresje. Wtedy też i trema jest większa. Bo ona jest nierozerwalnie z człowiekiem związana.
Ma Pani jakieś konkretne metody na radzenie sobie z tremą?
- Ćwiczenie jest najlepszą metodą. Zawsze wszystkim powtarzam, że ćwiczenie się opłaca!
Można by powiedzieć, że osiągnęła Pani wielki sukces. Co by Pani poradziła młodym, żeby zaszli tak daleko jak Pani?
- Muszą mieć bardzo dużo wytrwałości i samozaparcia. A także idealizmu, którego nie wolno nigdy w sobie zgasić, bo w innym przypadku zaczyna się przekuwać wszystko na pieniądze i na to, ile zarobisz. A czasem trzeba mieć po prostu klapki na oczach. Jeżeli ja sobie przykładowo pomyślę, że dostaję za koncert daną kwotę, a ktoś inny dostaje za jeden koncert w Atenach 35 000 euro, a potem posłucham nagrania i stwierdzam, że on wcale nie jest lepszy ode mnie, no to mogłabym stwierdzić, że to nie ma sensu i skończyć uprawiać mój zawód. W dzisiejszym świecie, niestety, wszystko jest przeliczane na pieniądze, a mnie się wydaje, że z pewnymi wartościami, które w sztuce mają być trwałe, nie da się tego zrobić. Ja po prostu robię swoje i mimo wszystko gram dalej, bo mam coś do przekazania i chcę ludziom sprawić radość, a także zaprezentować im kawałek piękna. To są właśnie te wartości nieprzeliczalne na pieniądze.
Czy do Polski przyjechała Pani specjalnie na koncert do Krakowa czy zabawi Pani tu dłużej?
- Mieliśmy w planach jeszcze koncert w Katowicach, ale nie wyszło. Nie chciałam już tego koncertu w Krakowie odpuścić. A zresztą do Krakowa człowiek zawsze chętnie przyjeżdża, bo to jest najpiękniejsze miasto świata. Równa się Wenecji i Asyżowi, które kocham, ale jednak Kraków wygrywa!
Czy słucha Pani swoich nagrań?
- Słucham ich intensywnie, jak muszę je wypuścić w świat. A tak, w chwili wolnej, to tylko tych, które najbardziej lubię.
A słucha Pani innego typu muzyki?
- Tak, tak. Muszę słuchać, bo moja dorastająca młodzież domowa zmusza mnie na przykład do słuchania rapu. Czasami jest to nawet dość zabawne (śmiech).
Dzieci też idą w stronę muzyczną?
- Moje dzieci są bardzo muzykalne, ale najstarsza córka na pewno nie chce iść w tym kierunku. Syn studiuje muzykologię w Wiedniu, więc już ma coś wspólnego z muzyką. Oprócz tego gra na wszystkich instrumentach świata, ale na żadnym porządnie – w sam raz na muzykologa (śmiech). Będzie się na wszystkim znał. A najmłodsza córka jeszcze ma nadzieję, że będzie kiedyś „pop-star”. Ma ładny głos, więc może jest szansa (śmiech). Choć ja nie mówię jej ani „tak”, ani „nie”. To jest straszny kawałek chleba, więc jak chce, to musi się sama w to „bawić”.
A naciskała Pani na swoje dzieci, żeby zajęły się muzyką?
- Nie. Chodziły na lekcje muzyki, jeśli chciały. U moich dzieci to jest zróżnicowane, bo ta dwójka najstarsza absolutnie nie chce iść w tym kierunku, a ta najmłodsza z chęcią by zawojowała estrady (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.
Kurier Szczeciński 28-30 grudnia 2007
Sytuacja była zupełnie wyjątkowa. Publiczność reagowała nie tylko
entuzjastycznie, czułam ogromną solidarność ,ludzie byli oburzeni
tym
brutalnym aktem przemocy wobec Polski stojącej przecież wtedy u
progu demokracji".
W tamtym czasie wokół Polaków panowała bardzo przyjazna, ciepła
atmosfera, do ludzi tutaj docierało to, co dzieje się w Polsce i
odnosili się do nas z dużą sympatią.
|
|