Joanna Mądroszkiewicz
M ą D R O S T K A
SKRZYPCE
|
|
|
- Kazimierz Wiłkomirski napisał tak: W naszym bogatym i coraz bogatszym stanie posiadania w dziedzinie wirtuozostwa skrzypcowego Joanna Mądroszkiewicz jest zjawiskiem zupełnie wyjątkowym. To było na początku Pani kariery?
- To była recenzja z mojego debiutu w Filharmonii Narodowej w Warszawie.
- Debiut we Wiedniu miała Pani w następnym dniu po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce, to był dodatkowy zapewne stres ..
-
Byłam akurat we
Wiedniu na studiach i
na 14-ego grudnia
był wyznaczony mój debiut w Konzerthausie.To nie chodziło o stres.
Sytuacja była zupełnie wyjątkowa. Publiczność reagowała nie tylko
entuzjastycznie, czułam ogromną solidarność, ludzie byli oburzeni tym
brutalnym aktem przemocy wobec Polski stojącej przecież wtedy u progu
demokracji................
W tamtym czasie
wokół Polaków panowała bardzo przyjazna, ciepła atmosfera, do ludzi
tutaj docierało to, co dzieje się w Polsce i odnosili się do nas z dużą
sympatią.
- Dzisiaj jest inaczej?
- Tak, jest gorzej, bo przez wiele lat napływała bardzo różna Polonia, dużo osób, które nam zepsuły opinię i ciężko jest to teraz odbudować.
- Dwa lata temu Wiedeń uhonorował Panią prestiżową nagrodę Wiener Flotenuhr.
- Dostałam ją za nagrania mozartowskie. Rzeczywiście, to nagroda bardzo prestiżowa - trzeba zdobyć duże uznanie jako wykonanwca klasyki wiedeńskiej, żeby po pierwsze: zwrócono uwagę, a po drugie - żeby uhonorowano.
- Znawcy piszą, że Pani wirtuozeria jest syntezą polskiej szkoły skrzypiec, wiedeńskiej i franko- belgijskiej. Pytanie laika, czym one się różnią?
- Najkrócej mówiąc, podstawą nowoczesnej sztuki skrzypcowej jest szkoła franko- belgijska, nastawiona bardziej na lewą rękę. Szkoła wiedeńska, oparta na niemieckiej, bardziej ineresuje się prawą ręką i połączenie ich jest pewną sztuką. Polska nowoczesna szkoła skrzypcowa wyrosła wprawdzie na gruncie francusko-belgijskiej, ale miała już w wieku XVIII spore własne osiągnięcia. W szkole polskiej ważna jest pewna szerokość dźwięku, sporo jest w niej włoskich akcentów i oryginalnych słowiańskich. Tę szkołę zaszczepił w Moskwie Wieniawski, Rosjanie następnie przenieśli ją do Ameryki. Impuls wyszedł z Polski i nie jest to przesada ani megalomania. Mieliśmy zawsze bardzo wielu znakomitych wirtuozów, wspomnijmy choćby o Apolinarym Kątskim czy o Karolu Lipińskim, który był jedynym liczącym się rywalem Paganinniego.
- Był taki koncert, który zapadł w pamięci na całe życie?
- Mam wiele wspomnień do których chętnie powracam. Wielkim przeżyciem był dla mnie występ z Residentie Orkest w Hadze. Grałam I Koncert Szymanowskiego. Publiczność była tak zafascynowana, że zostałam zaproszona, aby ten sam koncert w tym samym składzie po dwóch latach znów wykonać w ramach tego samego abonamentu. Takie sytuacje są na rynku muzycznym naprawdę wyjątkowe ! Zapadł mi też w pamięć serdecznie przyjęty debiut w Filharmonii Berlińskiej i najpiękniejsza garderoba w National Museum of Art w Waszyngtonie. Nie codziennie można się rozgrywać w towarzystwie Rembrandta !
- Pani interpretację dzieł Szymanowskiego oceniono na Zachodzie jako odkrywczą....
- Szymanowski do pewnego czasu był w świecie mało znany i bardzo rzadko grywany. Ja najpierw mozolnie przygotowywałam wszystkie jego dzieła na skrzypce i fortepian i nagrałam w pewnym regionalnym studio, potem zostałam zaproszona do zagrania kolejno I i II koncertu skrzypcowego z Wiener Symphoniker, z orkiestrą Brucknerhausu i wieloma innymi. I tak krok po kroku intensywnie przedstawiałam jego utwory i miało to dość duży odzew.
- Polska dała światu rewelacyjną skrzypaczkę, wirtuoz wiolinistyki naszych czasów - tak pisze o Pani światowa krytyka, a kogo z wirtuozów skrzypiec Pani podziwia?
- Na pewno Nathana Milsteina, na którego koncercie byłam w Wiedniu tuż przed jego śmiercią, Arthura Grumiaux, u którego studiowałam. Jest także dużo dobrych młodych skrzypków, ale nie mam czasu na tyle, żeby chodzić na koncerty, bo zajęta jestem swoją pracą. Sama słucham dużo recitali fortepianowych, muzyki symfonicznej. Lubię też od czasu do czasu pójść do opery.
- Nagrywa Pani też dużo płyt, ale są one raczej niedostępne w Polsce.
-
Niedawno odbyła się prezentacja mojej najnowszej płyty z muzyką Haydna,
Beethovena i
Egona Wellesza .Przyznam,
że moją największą dumą jest nagranie
wszystkich sonat i partit na skrzypce solo J.S. Bacha,
które to nagranie zostało ocenione między innymi w Niemczech bardzo
wysoko. A wiosną
czeka na mnie Szymanowski…
Jedną z moich
ulubionych płyt jest CD "Chopin-Arrangements" są to unikalne
transkrypcje dzieł Chopina skomponowane przez wielkich wirtuozów
skrzypcowych. To jedyna taka CD w swoim rodzaju i trochę mi przykro, że
przeszła w Polsce bez echa. Brak dostępu do dużych polskich firm
dystrybutorskich sprawia, że te płyty nie są w Polsce widoczne.
Oczywiście większość z nich jest dostępna na zamówienie i
zainteresowanych melomanów odsyłam na moją stronę internetową, gdzie
można znaleźć odpowiednie informacje: www.madroszkiewicz.com
- Mieszka Pani w Wiedniu, bardzo bliskie sercu jest to miasto?
- Na
pewno. Spędziłam tu wiele lat, jest to w pewnym sensie wciąż jeszcze
genius loci dla muzyków, odczuwa się bliskość tych wielkich kompozytorów,
którzy przez z górą 200 lat napełniali muzyczny skarb Wiednia swoimi
wiekopomnymi
dziełami.
Nigdy nie zapomnę chwili w której dane mi było trzymać w rękach autograf
ostatnich linijek napisanych przez umierającego Beethovena. Jego
testament (podobnie jak testament Haydna i Mozarta) jest przechowywany w
Archiwum Miejskim miasta
Wiednia.
- A jakim jawi się z perspektywy lat rodzinny Szczecin?
- To dwojakiego rodzaju uczucia - jedno sentymentalne, bo są miejsca gdzie chodziłam z rodzicami, na przykład nad Odrę czy do Parku Kasprowicza. Mieszkaliśmy w centrum przy al. Wojska Polskiego i ten rejon też jest mi bliski, z drugiej strony - to dość trudne dla mnie powroty, bo moi rodzice nie żyją, grono znajomych też się gdzieś rozjechało, ale miasto, mam wrażenie, zachowało swój klimat, bardzo specyficzny. Moi rodzice bardzo aktywnie uczestniczyli w jego życiu kulturalnym i pamiętam, że Szczecin tryskał kulturą, a filharmonia była jego mocnym punktem. I chciałabym, żeby było tak dalej, rozwój kulturalny jest dla miasta bardzo ważny. To właśnie kultura, która tworzy się przez lata nadaje piętno miastu i pomaga trwać w zmieniającej się rzeczywistości.
- Koncertowała Pani w Szczecinie półtora roku temu i tutejsi melomani na pewno podpiszą się pod tym, co napisał w gazecie pewien zachodni recenzent: Czekamy na kolejne spotkanie.
- Jestem otwarta na wszystkie propozycje, bardzo chętnie przyjechałabym ponownie, ale to zależy od organizatorów. Nawet mam taką pewnego rodzaju ideę, żeby przy okazji koncertu przeprowadzić krótki kurs dla młodych skrzypków lub popracować z jakąó orkiestrą kameralną Żeby zapoznać młodych muzyków z klasyką wiedeńską, która jest w Polsce inaczej grana. Nie mówię, że źle, ale jest sporo szczegółow o których po prostu trzeba wiedzieć chcąc wykonywać tą muzykę nienagannie.
- Zapraszamy serdecznie i dziękujemy za rozmowę.